Pomysłowość zaczerpnięta z klasyki, nawiązanie do okrucieństwa, jakie działo się 100 lat, ale i nutka humoru i ironii. To wszystko zaserwował nam Radosław Rychcik w spektaklu pt. „Balladyna”.

Każdy z nas zna, albo chociażby kojarzy słynną „Balladynę” jako książkę autorstwa Juliusza Słowackiego. Jest to charakterystyczny utwór, można by powiedzieć, że nawet klasyczny. Od ponad pół roku w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej jest wystawiana sztuka pod tym samym tytułem oraz opierająca się na słynnym utworze Słowackiego, natomiast nieco inna. Jest to dzieło w reżyserii Radosława Rychcika, który wykazał się niezwykłą pomysłowością „nieco” zmieniając scenariusz.

Radosław Rychcik lubi dopasować sławne teksty do jakichś czasów. Kilka lat temu w jego reżyserii były wystawiane „Dziady”, które również nie były klasyczne, tylko nawiązywały do amerykańskiej popkultury. Zachęcam wszystkich do poczytania o tym spektaklu, albo obejrzenia go w Internecie, bo jest niemało intrygujący. Ta „Balladyna” jak i wyżej wymienione „Dziady” nie była klasyczna. Jej cała fabuła miała nawiązywać do I wojny światowej. Na pewno nie należy do łatwych sztuk. Julia Trembecka w głównej roli, według mnie odnajduje się świetnie. Jest niesamowicie kobieca, ale i odpowiednio drapieżna, bezwzględna. Dzięki tak wyrazistemu przedstawieniu głównej roli, Rychcik chciał nawiązać do emancypacji kobiet, nadając tytułowej bohaterce niejedną z męskich cech. Chociażby bezwzględność Balladyny: zamordowała siostrę, porzuciła matkę, kłamała prosto w oczy królowi, zdradzała swojego ukochanego niejednokrotnie. Zacięcie i upór z jakim to robi jest odzwierciedleniem całej tragedii, jaka wydarzyła się podczas I wojny światowej. Kłamstwa, morderstwa, zdrada, utrata najbliższych, ból, rozpacz, wszechogarniający nieład i chaos – tak jak w głowie tytułowej bohaterki, tak samo pojawiały się w tamtych czasach. Nowocześnie przedstawiona historia napisana przez Juliusza Słowackiego jest idealnie przepleciona cytowanymi przez aktorów fragmentami pierwowzoru „Balladyny”. Przeciwieństwem tytułowej bohaterki jest jej siostra – Alina, zagrana przez Izabelę Gwizdak, młodą utalentowaną aktorkę. Jest zmysłowa i delikatna, dziewczęca, promieniuje niewinnością i świeżością – czystością. Oddana siostrze i matce, pomocna, gdzie nawet w chwili, gdy wiedziała, że jej siostra nie odnajdzie malin chciała jej pomóc, oddać jej wszystko za odrobinę miłości i zapewnienie godnego życia sobie i matce. Matkę zagrała Anna Demczuk, aktorka bardzo często pojawiająca się na deskach Teatru im. Wandy Siemaszkowej. Szczególnie w relacjach między starą wdową a Balladyną widać cały trud obydwu postaci oraz jak wiele pracy musiały włożyć w to, aby tak precyzyjnie przedstawić niezwykle zawiłą relację, jaka między nimi była.

Mimo całej powagi spektaklu mogliśmy odnaleźć wiele zabawnych momentów oraz postaci. Do jednej z moich ulubionych postaci w tym wydaniu należała Goplana zagrana przez Dagny Ciporę. Była niezwykle figlarną postacią. Ubrana w strój baletnicy, różową tiulową spódniczkę, oraz z diademem na głowie symbolizowała małą dziewczynkę, bez większej wiedzy oraz doświadczenia. Szczególnie w momentach, kiedy mówiła o swojej „szaleńczej” miłości do Grabka podkreślało to jej infantylność. Była mocno emocjonalna oraz nieco egocentryczna. Uważam, że Dagny bardzo dobrze poradziła sobie w tej roli.

Niezwykle poruszyło mnie wykonanie piosenki w jej wydaniu „Six Day War” pierwotnie wykonywaną przez Colonel Bagshot. Na początku piosenka rozwijała się powoli, ale już bardzo głęboko docierała do serca. Pod koniec, kiedy muzyka wraz z tekstem zmierzały do elementu kulminacyjnego, aktorka również pokazywała całą sobą jak wiele znaczą te słowa dla tej sztuki.

Muzyka w całym spektaklu odegrała bardzo ważną rolę. Była idealnie dobrana, ale i niecodzienna. Drugą piosenką, która zwróciła moją uwagę było „Party Girl” wykonywane początkowo przez Balladynę – Julię Trembecką a następnie przez resztę zespołu. W pierwotnej wersji jest to piosenka wykonywana przez Chinawomen. Nie jest to łatwy utwór, ponieważ sama artystka ma dość nietypowy głos. Aczkolwiek i tutaj żaden z aktorów nie mógł zawieść i wykonanie według mnie było bardzo dobre.

W spektaklu bardzo znaczącą rolę odegrały również osoby niepełnosprawne. Ubrane zostały w mundury żołnierskie oraz stroje pielęgniarskie. Osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Kalekie, które myślę, że miały zwrócić uwagę na to jacy my sami jako jednostki społeczeństwa jesteśmy oraz zachowujemy się, jeśli chodzi właśnie chociażby o sprawy polityczne. Myślę, że wprowadzenie osób niepełnosprawnych w takiej roli było niezwykle odważnym posunięciem. Warto także dodać, że wszyscy z nich poradzili sobie świetnie w odegraniu swoich ról.

Pan Radosław zdecydował się na bardzo odważny krok ogólnie w doborze „ekipy” jeśli chodzi o całość. Ponieważ było wielu statystów albo młodych aktorów, którzy jeszcze nie ukończyli szkół aktorskich. Nowych, młodych, jeszcze mało doświadczonych aktorów połączył z tymi, którzy są bardzo znani szczególnie na deskach rzeszowskiego, jak i ogólnopolskich teatrów. Do całej tej, wręcz „wybuchowej” mieszanki postanowił dodać niepełnosprawnych artystów oraz tę niezwykłą muzykę. Połączenie to dało efekt niecodzienny, zaskakujący oraz zapewne budzący kontrowersje. Uważam tę sztukę za wartą obejrzenia.

Komentarze