W niedzielę 8 marca, po wielu latach bojów i rozkopów, otworzono drugą linię metra. Otwarcie nie było szeroko reklamowane — wręcz przeciwnie, odnieść można wrażenie, że całą akcję włodarze chcieli przeprowadzić troszkę po cichu. Ot, jednego dnia metra nie ma, drugiego już jest. Taka magiczna sztuczka. Ale w sumie to nic dziwnego, biorąc pod uwagę, ile przesuwano ten znaczący termin. Jednak, stało się. Jest metro, które dowiezie nas z Ronda Daszyńskiego na Dworzec Wileński.
Na pierwszy rzut oka druga linia prezentuje się znakomicie. Ładne stacje, wszędzie drogowskazy szczegółowo pokazujące, którędy możemy się wydostać na powierzchnię i jak dojść do przystanku, z którego możemy się przesiąść na autobus czy tramwaj jeżdżący w interesującym nas kierunku. Uśmiech budzi stacja Nowy Świat – Uniwersytet, gdzie Uniwersytet Warszawski przygotował ładne tapety na ściany, pokazujące, jak dojechać komunikacją miejską do poszczególnych jednostek naukowych. Bardzo ładnie przedstawione są nazwy stacji na ścianach.
Niepełnosprawni korzystający z wózków inwalidzkich oraz matki z dziećmi w wózkach w pierwszej chwili mogą być zdezorientowane faktem, że zejście do linii metra to tylko normalne schody i ruchome schody, jednak po chwili szukania okazuje się, że niedaleko każdego wejścia jest również winda, która dowiezie nas na peron, co jest plusem.
Niestety, znalazło się parę usterek. O jednej z nich można było już przeczytać w wielu mediach warszawskich – otóż nie zadbano o jasność drogowskazu wskazującego, jak przejść z drugiej linii metra na pierwszą na stacji Świętokrzyska, bowiem większość z nich wskazywało, że aby dotrzeć do innej linii metra, należy najpierw wyjść na powierzchnię. Nie tylko ten konkretny drogowskaz był dezorientujący, jednak przeszkadzało to na tyle anonimowemu i skonsternowanemu Warszawiakowi, że przylepił do słupa kartkę ze strzałką wskazującą, jak dojść do pierwszej linii metra bez wychodzenia na górę (za schodami).
Mimo wszystko wiadomo, że nic nie jest idealne, a w zasadzie więcej kontrowersji wzbudzają inne rzeczy. Dosyć intrygującą rzeczą jest obawa wyrażana przez wiele osób, tycząca się jazdy metra pod Wisłą. Boją się, że rzeka zaleje pociągi. Mając w pamięci fakt, że zalanie podziemi przez kapryśną Wisłę opóźniło otwarcie centralnego odcinka drugiej linii, obawa wydaje się dosyć uzasadniona. Inną sprawą jest to, że pociągami metra sterują maszyniści, mimo że technicznie zarówno one, jak i systemy na stacjach są przygotowane na automatyczne pilotowanie, tak jak to ma miejsce np. w Paryżu. Jak wyjaśnia prezes Metra Warszawskiego, Jerzy Lejk, ludzie wolą czuć, że ktoś ma kontrolę i w razie, gdyby coś się stało, zainterweniuje od razu.
Kolejną rzeczą, która spotkała się z niepokojącymi reakcjami społeczeństwa, są posunięcia warszawskiego ZTM. Uruchomiło ono parę linii ekspresowych w celu zapewnienia łatwiejszej przesiadki na metro. O ile mieszkańcy Jelonek z zachwytem powitali E-5, omijającą większość przystanków, na których zatrzymuje się 105, i dojeżdżającą do Ronda Daszyńskiego w ciągu około 10 minut, o tyle mieszkańcy Gocławia składają masowe zażalenia i petycje na zmianę biegu linii autobusowych, które łączyły dotychczas ich z centrum, a teraz jeżdżą tylko do drugiej linii metra. Jak argumentują Gocławianie, tracą dzięki temu bezpośredni dojazd do centralnej części Warszawy i zmusza się ich do przesiadki na metro. ZTM z kolei kontrowało argumentami o zmniejszeniu ruchu na mostach i skróceniu czasu podróży. Mieszkańcom innych dzielnic ten protest może się wydać nieco dziwny — w końcu po wybudowaniu dalszych części drugiej linii, z prawobrzeżnej Warszawy bardzo łatwo będzie dojechać na Dworzec Wschodni. Mieszkańcy najdalej wysuniętych części miasta po lewej stronie Wisły nie będą mieli takiego samego luksusu, jeśli chodzi o łatwy dojazd na Dworzec Zachodni… Jednak ZTM zdecydowało się na wysłuchanie protestu i przywróciło trasy dwóch linii, dzięki czemu bezpośrednie połączenie Gocławia z Centrum wróciło.
Trend panujący w posunięciach i konsultacjach społecznych prowadzonych przez ZTM wskazuje na to, że zakład stara się zmienić sporą ilość tras linii autobusowych tak, aby dowoziły one pasażerów do jednej z linii metra, argumentując to m. in. faktem, że w ten sposób zamiast stania w korkach, pasażerowie będą mogli łatwiej dotrzeć do swojego celu podróży z przesiadką przez metro w krótszym, a przede wszystkim przewidywalnym czasie. Czas jest jednak kwestią względną. Gdy jedni cieszą się, że przejazd metrem skraca ich czas podróży, inni wskazują, że wcześniej podróżowali szybciej — jak np. w przypadku osoby, która wraca z pracy z Gocławia drugą i pierwszą linią metra, aż do metra Stokłosy. Nie można jednak ignorować faktu, że w Warszawie spłonął jeden most, co znacznie wpłynęło na warunki komunikacji miejskiej. ZTM robi, co może, ale nie zadowoli każdego swoimi zmianami.
A nowym metrem jeździ się tak miło, że przez chwilę można zapomnieć o czekających nas kolejnych latach remontów i rozkopanych ulic w celu dobudowania reszty linii. A docelowo przecież druga linia ma łączyć Bemowo z prawobrzeżnymi dzielnicami Warszawy. Bez ofiar się nie obędzie.
