Dla wielu ludzi wypoczywającej nad jeziorami w tegoroczne wakacje los nie był łaskawy. Nieznośne upały, które dochodziły nawet do 40 stopni to nic w porównaniu z wirusem przewodu pokarmowego, czyli powszechnie znanej jelitówki, która w okresie letnim dopada coraz więcej osób. 17-letnia dziewczyna trafiła na szpitalny oddział ratunkowy we Włodawie z poważnymi i zaostrzonymi objawami wirusowego zakażenia, jednak nikt nie udzielił jej pomocy. To jednak nie jedyna taka sytuacja! Czy personel powinien zostać ukarany?

Dyżurujący lekarze nie mają sobie nic do zarzucenia.

5 lipca matka z wypoczywającą nad Jeziorem Białym w Okunince 17 letnią córką, zgłosiła się do włodawskiego Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej (Al. Józefa Piłsudskiego 64)- jedynego szpitala będącego w tym mieście. Nastolatka prawie dobę wymiotowała, nie przyjmowała żadnych leków, była bliska odwodnienia, a do tego wszystkiego doszła jeszcze biegunka i ostre bóle głowy. W tym szpitalu byłam pierwszy raz, nie wiedziałam, gdzie mamy się udać, więc zgłosiłyśmy się na SOR dla dorosłych. Przyjęła nas dość młoda lekarka, która zaczęła mierzyć córce ciśnienie, jednak gdy przyjrzała się dokładnie dacie na dowodzie wyprosiła nas z gabinetu, ponieważ do ukończenia 18 roku życia córce brakowało jeszcze 3 tygodni. Odesłano nas na oddział dziecięcy. W rejestracji siedział starszy mężczyzna, w rozpiętej do torsu zielono-szarej koszuli w kratę. Gdy zapytałam się go, do kogo powinnam udać się z nastolatką w takim stanie, wstał z miejsca i spytał „ale o co chodzi?” Spojrzał się na nas pretensjonalnym wzrokiem i z wielką niechęcią zaprosił nas do gabinetu. Ten mężczyzna nie wyglądał jak lekarz, w pierwszej chwili pomyślałyśmy, że to jakiś cieć co siedzi i tylko sprząta - relacjonuje P. Dorota, matka dziewczyny. Swój brak jakiegokolwiek zainteresowania pacjentką objawiał się w jeszcze gorszy sposób. Nastolatka relacjonuje bulwersującą sytuację: Gdy weszłyśmy do gabinetu, ten lekarz nie zamkną za sobą nawet drzwi do sali. Siadł w bardzo luzacki sposób na krześle i nawet nie zaproponował mi, żebym usiadła. Ani mi, ani mojej mamie. Ledwie stałam na nogach, bo wymiotowałam cały dzień, miałam niskie ciśnienie i było mi słabo. Prawie mdlałam, a on tylko spytał się mnie, po co my mu zawracamy głowę. Stwierdził, że on nic nie może zrobić i podsuwał mi tylko zgodę na oddział zakaźny. Gdy moja mama zapytała się czy mógłby pan doktor wypisać jakieś leki on zaczął śmiać się nam w twarz i powiedział „A po co, skoro córka nie przyjmuje żadnych leków? Jelitówki się nie leczy. Ma rzygać dopóki nie wyrzyga wszystkiego.”. Dyżurujący 5 lipca (niedziela) lekarz podsumował również, że nawet kroplówki ani zastrzyku przeciw wymiotnego nie może podać pacjentce bez zgody na przyjęcie na zakaźny oddział szpitalny. Jest to całkowitym absurdem, ponieważ takie działanie jak zaproponowała matka nastolatki jest głównym i koniecznym w przypadku takiego zatrucia. Opiekun prawny nastolatki podkreśla również: Ten lekarz nie dotkną mojej córki nawet jednym palcem. Nie zmierzył jej ciśnienia ani gorączki. Kazał jej tylko wystawić język, a gdy ona to zrobiła, powiedział, że nie jest jeszcze odwodniona, i że kroplówka nie jest potrzebna. Powiedział do mnie także z wielkim oburzeniem „Co pani ode mnie chce? Skoro pani córka jeszcze stoi na nogach, to po co jej kroplówka?” Po tych słowach wyprosił nas z gabinetu. Moja cała rodzina to głównie lekarze, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Niezbędnej pomocy udzieliła dopiero farmaceutka w aptece, która rozpisała dokładnie podstawowe leki jakie podają w takich sytuacjach lekarze oraz ich dawkowanie. Potwierdziła ona również przypuszczenia matki, że bez żadnych badań lekarz nie mógł postawić diagnozy, bo takie objawy mogą sygnalizować nawet wyrostek bądź salmonellę, a wtedy, gdyby coś stało się pacjentce on by odpowiadał za nie udzielenie pomocy.

To jednak nie był jedyny przypadek takiego traktowania pacjentów. Kilka dni później do tego samego szpitala zgłosiła się p. Katarzyna i p. Grzegorz z ośmioletnią córką Anną, u której rodzice zauważyli kleszcza w lewej dłoni. Gdy zostali przyjęci na dziecięcym chirurgicznym oddziale ratunkowym, spotkali się również z szokującą sytuacją. Lekarka bez nałożenia rękawiczek ochronnych, zdrapała paznokciem kleszcza po czym zrzuciła go na podłogę. Nie zdezynfekowała tego miejsca, ta kobieta nie spojrzała nawet przez lupę, a przecież mógł zostać kawałek kleszcza w ręce, a to grozi nawet boreliozą. To jest małe dziecko, oczekiwaliśmy pomocy ze strony szpitala, a nie takiego działania, które my sami mogliśmy zrobić w domku letniskowym. Wypoczywaliśmy wtedy nad Jeziorem Białym, a w Okunince nie ma żadnego punktu medycznego, do którego moglibyśmy się zgłosić. Dyżurująca lekarka skwitowała: „a co tam kleszcz, nie macie się już państwo czym martwić?” To jest skandal! Nie spodziewaliśmy się czegoś takiego… - relacjonuje zdruzgotana matka ośmioletniej Ani.

W Okunince dopiero po odstępie dwóch tygodni pojawiło się pogotowie, które stoi w centrum miasta. Jest ono jednak przeznaczone tylko w sytuacjach awaryjnych do interweniowania. Będąca na wypoczynku p. Dorota, zauważa: Gdy poszłam z córką na spacer zwróciłyśmy uwagę na pogotowie, które stało w bardzo niewidocznym miejscu, koło sklepu spożywczego. Lał deszcz, więc zatrzymałyśmy się tam na chwilę żeby przeczekać ulewę i w trakcie oczekiwania rozmawiałyśmy z jedną z lekarek oraz ratownikiem medycznym szpitala znajdującego się we Włodawie. Ci ludzie byli bardzo zaskoczeni, wręcz zszokowani tym, co im opowiedziałyśmy. Takie wrażenie odniosła matka z nastolatką. Obecna w Okunince, 13 lipca lekarka przyznaje: Takie traktowanie nie powinno mieć miejsca i że jest nie zgodne z normami moralnymi. Na oddziale dziecięcym jest tylko jeden lekarz dyżurujący, doktor Hauzer, ale to z pewnością nie mógł być on. Nie mam pojęcia co to mógł być za lekarz, ale takie zachowania jakie przedstawili oboje pracownicy w przypadku zatrucia pokarmowego oraz kleszcza są bardzo dziwne. Jeśli ja bym miała do czynienia z kleszczem to bym go od razu obejrzała pod lupą, dokładnie zbadała czy nie został nawet najdrobniejszy kawałek. Wyjęłabym go ostrożnie, ale zaraz po zabiegu skierowałabym do jeszcze innego lekarza, aby ten z kolei ocenił czy kleszcz nie pozostawił wymiocin, które mogły przedostać się do krwi po zdrapaniu insektu. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. Obaj pracownicy SPZOZ obecni w tym czasie w Okunince nie wyobrażają sobie nawet, że ktokolwiek mógłby tak postąpić w przytoczonych powyżej sytuacjach.

Sprawą takiego postępowania lekarzy już zajęły się liczne media. Mamy nadzieję, że ta sytuacja skłoni do myślenia wszystkich, udzielających pomocy wczasowiczom wypoczywającym na urlopach wakacyjnych w Polsce.

https://spzozwlodawa.bip.lubelskie.pl/index.php?id=6

Komentarze