Sylwia Geneja, studentka pierwszego roku Prawa i Administracji na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie. Ziarnica złośliwa ujawniła się w 2009 roku, kiedy Sylwia była w drugiej klasie gimnazjum. Tuż przed egzaminem, który miał decydować o dalszej nauce. Kobieta, która stoczyła zaciętą walkę z rakiem i wyszła z niej zwycięską ręką. Jej upór i siła walki dały efekty, kiedy w 2010 roku dowiedziała się, że jest już zdrowa.
Rak wzmocnił w Pani chęć życia?
Tak. Teraz doceniam każdą chwilę znacznie mocniej. Uświadomiłam sobie, jak łatwo można stracić tak cenny dar, jakim jest życie i teraz biorę je pełnymi garściami.
Czy rak miał również wpływ na Pani spojrzenie na siebie samą oraz plany na przyszłość?
Zdecydowanie tak. Zmieniłam się całkowicie. Z cichej, nieśmiałej dziewczyny stałam się odważną kobietą, która nie boi się ryzyka i która realizuje wszystko, co wpadnie do głowy. Kiedyś miałam banalne marzenia takie jak: skończenie szkoły, dostanie się do następnej klasy czy też kupienie sobie jakiejś rzeczy. Dziś nie wyobrażam sobie prostego życia, siedzenia w jednym miejscu czy też planowania, co by było gdyby. Biorę życie takie, jakim jest i co najważniejsze, udoskonalam je, żeby było jeszcze lepsze.
Pamięta Pani dzień, w którym dowiedziała się Pani, że ma raka?
Ten dzień pozostanie w mojej pamięci już na zawsze. To był zwykły, najzwyklejszy dzień. Rano wstałam, przyszykowałam się do szkoły, zjadłam śniadanie i po prostu wyszłam. Jak codziennie. Nie wyobrażałam sobie dnia bez szkoły, uwielbiałam tam chodzić. Miałam tam swoich przyjaciół, super nauczycieli i chłopaka. Chciałam spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Tuż przed rozpoczęciem kolejnej lekcji matematyki zabrano mi możliwość spędzenia tego dnia tak, jak chciałam. Dzwonek na lekcję, każdy zmierza w kierunku swojej ławki, do sali z wielkim hukiem wchodzi sekretarka razem z dyrektorką, mówiąc: „Sylwia, musisz wracać do domu. Mama dzwoniła, że jesteś zwolniona z dzisiejszych zajęć szkolnych. Spakuj wszystkie rzeczy i leć do domu”. Kiedy dotarłam do domu mama powiedziała tylko jedno zdanie: „Kochanie, musimy pojechać do szpitala, dzwoniła pani doktor. Wszystko będzie dobrze”. Wsiadłam do samochodu i przez całą drogę się nie odzywałam. Leżałam trzy dni w szpitalu bez żadnej wiedzy, co mi jest. Znajomi dzwonili - pytali się, kiedy wychodzę. Odpowiadałam wszystkim tak samo, że za kilka dni pewnie mnie wypiszą. W szpitalu leżały dzieciaki, one wiedziały już co to za oddział, ja nie pojmowałam nawet, co to znaczy „onkologia’’. Po 3 dniach przyszła do mnie pielęgniarka i poprosiła, abym razem z mamą udała się do pokoju lekarskiego. Byłam zachwycona. Myślałam, że wreszcie mnie wypisują, ale okazało się zupełnie inaczej. Usiadłam w pokoju, obok moja mama, naprzeciwko lekarze, ordynator szpitala, pielęgniarki i wtedy wszystko było jasne. Ziarnica złośliwa, choroba Hodgkina, końcówka II stopnia. Kilka kolejnych dni spędziłam w swojej sali, przypięta do kabli maszyny, przez którą chemia wpływała do mojego organizmu i tylko płakałam.
Co wtedy Pani czuła?
Nienawiść do całego świata. Nie chciałam w ogóle się odzywać, nie mogłam zrozumieć, dlaczego to spotkało akurat mnie. Nie chciałam w to uwierzyć. Bałam się, że już nigdy nie będę miała okazji spotkać swoich przyjaciół, rodziny, chłopaka. Pomyślałam, że już na zawsze zostanę w tym szpitalu.
Miała Pani chwilowe zawahanie, ale mimo tego podjęła Pani walkę. Czy było to trudne do wykonania?
Po kilkukrotnych rozmowach z lekarzami, z pielęgniarkami, z dzieciakami, które już leżały na tym oddziale szmat czasu zrozumiałam, że nie mogę się poddać, że muszę walczyć. I nagle wstąpił we mnie duch walki i zaczęłam się uśmiechać, chociaż było trudno. Widząc moją mamę, która siedziała ze mną od rana do wieczora, nie mogłam od tak po prostu siedzieć z założonymi rękami i czekać na cud. Musiałam coś zrobić. Moja mama była i jest najważniejszą osobą w moim życiu, to ona dała mi siłę.
Wsparcie rodziny w takich chwilach jest bardzo ważne. Jak zachowywali się Pani przyjaciele, mogła Pani liczyć na ich pomoc?
To dzięki nim i ich wsparciu jestem tu, gdzie jestem. Nie dawali o sobie zapomnieć, nie traktowali mnie jak jakiegoś odmieńca i co najważniejsze - byli przy mnie zawsze. Chociaż czasami nie mogłam się spotkać z nimi w rzeczywistości, bo dużą część czasu byłam w szpitalu, ale czułam ich wsparcie duchowe.
Była Pani w związku z chłopakiem, jak on zareagował na Pani stan zdrowia?
Było ciężko, ale z czasem to zaakceptował. Stał się silniejszy. Wiedział, że potrzebuję wsparcia i zawsze starał się po prostu być przy mnie. Niestety, kilka miesięcy po moim wyleczeniu nasze drogi się rozeszły, ale do dziś mamy kontakt i mimo wszystko dziękuję mu za wszystko.
Jak choroba wpłynęła na Pani późniejsze życie?
Zaszło w nim dużo zmian. Przede wszystkim zmieniłam nastawienie do życia, do siebie, do wszystkiego. Nie przejmuję się sprawami, o których wiem, że niedługo się rozwiążą czy też rzeczami, którymi po prostu nie muszę się przejmować. Stałam się osobą silną i niezależną. Czerpię z życia każdą chwilę, nie załamuję się łatwo. Jestem po prostu szczęśliwa.
Czy oprócz szczęścia choroba czegoś Panią nauczyła?
Żeby walczyć i nie poddawać się. Nauczyłam się korzystać z życia, cieszyć się nim i nie załamywać. W życiu potrzebne są porażki tak samo, jak sukcesy. Zdecydowanie walka z chorobą to mój sukces - jestem pełna podziwu i dla siebie,
i dla innych, którzy wyszli z tego nie poddając się.
Jakich rad udzieliłaby Pani osobom, które dowiedziały się o swojej chorobie?
Chciałabym, żeby ludzie nie tracili wiary. To nie jest od razu wyrok śmierci, z tego da się wyjść! Przede wszystkim człowiek musi nastawić się, że, niestety, nie będzie lekko. Musi przyzwyczaić się do szpitala, ale będzie warto. Wasze życie zmieni się diametralnie i to na lepsze. Opowiadając swoją historię mam nadzieję, że u was wszystkich, moi drodzy chorowitkowie, pojawiło się światełko nadziei.
