Jerzy Czachowski (rocznik ’96), reżyser krótkometrażowych filmów fabularnych i dokumentalnych, współtwórca zespołu filmowego Granator. Laureat licznych nagród i wyróżnień na ogólnopolskich festiwalach filmów amatorskich. W przyszłym roku planuje rozpocząć studia w sarajewskiej Szkole Filmowej, założonej przez węgierskiego reżysera i scenarzystę, Béla Tarra.

Zdajesz się być osobą, która jest w ciągłym biegu. Wynika to z pasji tworzenia, czy może hiperaktywności?

- Z jednego i drugiego (śmiech). Przyznam, że nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić cokolwiek innego niż kręcenie filmów.

Od kiedy zacząłeś wiązać swoją przyszłość z filmem?

- Od kiedy pamiętam, czyli pewnie od pierwszego filmu fabularnego, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Chociaż kiedyś pragnąłem być murarzem lub kanalarzem, wchodzenie w głąb studzienkowej ciemności wydawało mi się fascynujące. Ostatecznie stanęło na byciu filmowcem i to się raczej nie zmieni. A mówiąc o „filmowcu” nie myślę wyłącznie o reżyserowaniu, ale o całościowej pracy nad filmem, w kreatywnym zespole. To jest dla mnie najważniejsze. Na początku się to nie udawało, właśnie ze względu na brak ekipy, od której mógłbym oczekiwać pełnego zaangażowania. Po pewnym czasie, a właściwie po paru projektach to się zmieniło i tak powstał autorski zespół filmowy GRANATOR.

Jaki to był film?

- Nie lubię o tym mówić, bo jeszcze wyjdzie, że byłem za młody, żeby go zrozumieć. Na pewno ważnym dziełem, które mnie zachwyciło, a zobaczyłem je zupełnie przypadkowo, chyba jako dziesięciolatek, było „Tam gdzie rosną poziomki”. Jednak im jestem starszy tym rzadziej wracam do filmów Bergmana. Poznałem jego świat i jest on odległy od mojego. Chociaż dzięki niemu zrozumiałem, że największą wartość mają właśnie te filmy, w których twórcy tworzą swój własny, niepowtarzalny świat.

To dość symptomatyczne dla młodych filmowców, że wśród swoich reżyserskich autorytetów wymieniają Bergmana.

- Są nazwiska, które są pewnikiem. Chociaż chyba bardziej charakterystyczne jest mówienie o Jarmuschu i Bertoluccim. W moim przypadku jego filmy zapoczątkowały zainteresowanie innymi twórcami i tak trafiłem na Bressona, Angelopoulosa, czy Béla Tarra, w którego szkole chciałbym w przyszłości studiować (przyp. red.: Sarajevo Film Academy, w której wykładają m. in. Tilda Swinton, Jim Jarmusch oraz Gus Van Sant). Jednak przede wszystkim zrodziła się wtedy chęć stworzenia czegoś własnego.

Od czego zacząłeś?

- Od etiud i animacji, ale nigdy nie byłem z nich zadowolony, więc trafiały do kosza, a poza tym nikt nie chciał ze mną pracować. Mówiąc krótko, byłem zrezygnowany. Dopiero mój dokument „Siostry” pozwolił mi na stwierdzenie, że mogę dalej próbować swoich sił w tworzeniu filmów. Choć zdobył paręnaście nagród na różnych festiwalach, to trudno mi go zaliczyć do najlepszych. Może także dlatego, że nie bardzo wierzę w nagrody.

Oglądając „Siostry” odniosłem wrażenie, że te zakonnice nie miały właściwie nic ciekawego do powiedzenia.

- A co miały powiedzieć? Ten film opierał się na podglądaniu ich życia.

Gdyby jedna z nich była w przeszłości aktywną działaczką PZPR albo wykładała marksizm to nie byłoby tak jednowymiarowo. Mam na myśli wyłącznie to, że zabrakło ciekawej historii.

- Nie jesteś odosobniony w tej opinii. Ludzie szukają ciągle sensacji, taką mamy kulturę. Uważam, że najlepsze są opowieści o zwyczajnym życiu. Przewodniczącym jury Praskiego Festiwalu Filmów Dokumentalnych, na którym prezentowałem „Siostry” był Wojciech Smarzowski, który na moje pytanie o jego wrażenia po filmie odpowiedział, że dokument się wyróżniał, bo był świetnie zrobiony, ale gdyby zakonnica była alkoholiczką albo popełniła samobójstwo to z pewnością by wygrał. A ja nie umiem robić takich filmów, mam w sobie za duże pokłady optymizmu. W każdym razie po tej rozmowie zacząłem sceptycznie podchodzić do filmów Smarzowskiego (śmiech) i mimo negatywnej opinii, byłem z siebie zadowolony, bo nie przeszedł obok mojego filmu obojętnie. Według mnie w filmie najważniejsza jest szczerość. Dlatego trochę nie rozumiem opinii, że na przykład film o zakonnicy alkoholiczce byłby lepszy.

Ciekawie to sobie zracjonalizowałeś. Twój najnowszy film „Limbo”, całkowicie nieprzystający do tego, co tworzyłeś dotychczas, jest szeroko dyskutowany pod względem ideowym. Dlaczego spalasz w nim miniaturę plakatu „La Dolce Vita”?

- Faktycznie jest trochę inny. Bez wątpienia zaskakujący dla osób, które widziały moje wcześniejsze filmy. „Limbo” jest eksperymentem i swoistym manifestem, stąd tytuł oraz zastosowane zabiegi reżyserskie. Plakat „Słodkiego życia” nie płonie dlatego, że odrzucam Felliniego. Zresztą to nie jedyna scena w „Limbo”, która nawiązuje do „La Dolce Vita”. Płonący plakat to mój prywatny sygnał, który mogła zrozumieć tylko osoba, do której został wysłany. Oczywiście widz może to zinterpretować na swój sposób. Oprócz tego, jest to mój sprzeciw wobec nihilizmu.

Skąd pomysł na łacińskie tytuły dla Twoich filmów? Przyznam, że brzmią odrobinę wydumanie, chyba, że właśnie taki miałeś zamysł.

- Rozumiem, że to zarzut.

Bynajmniej.

- Może trochę na wyrost lubuję się w nieoczywistych tytułach, ale one także stają się polem do interpretacji. Limbo oznacza otchłań, a hiatus rozziew. Tytułując filmy w ten sposób moją podstawową intencją jest zmuszenie widza do zastanowienia i poniekąd odkrycia ich znaczenia. Wtedy może iść dalej, i przemyśleć to, co mam mu do powiedzenia. Jeśli dzięki takiej refleksji, choćby jedna osoba zacznie konsekwentnie podążać za tym co czuje, to będę naprawdę szczęśliwy, bo będzie to dla mnie oznaczało, że to, co robię jest ważne i potrzebne.

Rozmawiał: Jacek Szczytko

Komentarze