Chociaż to wcale nie było tak. Było pozytywnie, szalenie, domowo. A gdzie? W Gdyni. A na czym? Na koncercie. A czyim? Domowych Melodii.

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, o kim mówię, niech natychmiast wyszuka piosenkę, z której zasłynęli - Grażka. Następny może zabrzmieć Zbyszek, a potem Buła, a jeśli nie będziecie mieli dość (a jestem prawie pewna, że tak będzie) to posłuchajcie Techno. Jednak trudno zdecydować co może się spodobać innym, więc najlepiej przesłuchać w całości dwa albumy wydane przez zespół. Pierwszy ukazał się w 2012 roku, drugi już dwa lata później. Obydwa własnoręcznie oprawione i tworzone od początku do końca. Trójka wspaniałych jest samodzielna i nie korzysta z propozycji wytwórni. Dzięki temu każdy krążek, który trafia do oddanego fana, jest oryginalny i jedyny w swoim rodzaju.

A jeśli chodzi o występ, to było tak.

Bilety przechodzą z rąk do rąk. Niecierpliwość słuchaczy wzrasta. Rusza nowa pula biletów - niespodzianka od klubu. Dzień koncertu zbliża się wielkimi krokami. Już jest, już kilka godzin. Loguję się na portalu internetowym, dostaję powiadomienie o wydarzeniu. Czytam i nie wierzę. Impreza przełożona z powodu choroby wokalistki. Bilety znów w ruchu, jedni muszą zrezygnować, dla innych nowy termin jest bardziej dogodny. Szczęścia w nieszczęściach. Jednak 26 marca około godziny 20:20 wchodzą na scenę: Justyna, Staszek i Kuba. Tłum (choć pomieszczenie niewielkie) krzyczy, klaszcze, pogwizduje. Każdy z muzyków dociera do swojego instrumentu: reprezentantka płci pięknej a zarazem wokalistka zasiada do pianina, Staszek łapie kontrabas, a Kuba siada przy perkusji. Pierwsze dźwięki, szał. Cała sala zaczyna śpiewać Wstydzę się. Tytuł bardzo adekwatny do pierwszych słów, jakie wypowiedziała Justyna, o tym, że bardzo denerwują się występem. Chociaż to nie pierwszy i nie ostatni. Czy to nie świadczy o profesjonalizmie i właściwym podejściu artystów do publiczności?


Kolejność wykonywanych utworów nie ma znaczenia. Czasem fani mogliby zaśpiewać wszystko, momentami milkli, by oddać całkowicie głos zespołowi. Niektóre piosenki wolniejsze, może nawet w pewien sposób smutne, jednak po chwili znów następuje wybuch energii. Mimika, wygłupy, niespodziewane wstawki muzyczne a nawet i słowne potwierdziły tylko wielkość tego wydarzenia.


Gdy zmęczeni, ale wciąż uśmiechnięci grajkowie chcieli pożegnać się z Gdynią, publiczność nie dała za wygraną. Na scenie nikogo już nie było, ale wszyscy dzielnie krzyczeli, klaskali, wywoływali na bisy. Tym sposobem zdobyli kolejne 45 minut grania, co było równe siedmiu utworom usłyszanym na żywo.

Autograf oczywiście zdobyć można, bez problemu. Tylko, że dodatkowo otrzymujemy serdeczność, chęć rozmowy i odpowiedzi na wymyślone pytania.

Kto nie był, niech żałuje. Chociaż nie, Domowe Melodie obiecały, że wrócą na przykład za dwa miesiące. Zbierajcie pieniążki na koncert i płyty. Pozytywne myślenie, uśmiech pozostający na twarzy przynajmniej przez kilka dni i ewentualnie zdarte gardło są tego warte.

Komentarze